9.4.16

“Lick it up”


ZiLo, fluff, smut, AU

— • —
Woo Jiho nigdy nie był normalnym chłopakiem. Zaczęło się od banalnego marzenia o zafarbowaniu włosów na jakiś zwariowany kolor w wieku lat piętnastu. Później poszło z górki. Na szesnaste urodziny pojechał na drugi koniec kraju, żeby przejechać się jedną z większych kolejek górskich. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że spakował o czwartej nad ranem siebie i młodszego brata do samochodu rodziców i przypadkowo „pożyczył” go sobie na całe dwadzieścia cztery godziny. Po powrocie dostał szlaban na miesiąc, jednak każdemu mówił, że ta kara była nawet zbyt łagodna jak na tego rodzaju wybryk i nie żałuje tego, co zrobił. Rok później wystrzelił ogromne fajerwerki z dachu swojego domu, żeby całe miasto mogło z nim świętować ten dzień. Wizyta policji nie była dla nikogo takim zdziwieniem, jak dla samych funkcjonariuszy, którzy zostali powitani tortem i szampanem.
W tym roku Jiho miał swoje osiemnaste urodziny. Od wielu tygodni rozmyślał nad tym, co może zrobić i nic nie przychodziło mu do głowy. Czuł, jakby się powoli wypalał. Najbardziej spektakularne widowisko udało mu się stworzyć rok wcześniej, więc nie było mowy o powtórce przez najbliższy czas. To musiało być coś, co zapamiętałby na bardzo długi czas. Niestety, jeśli chodziło o to, w głowie miał tylko wizję swojego pierwszego razu.
Tak, on, Woo Jiho, nie miał za sobą jeszcze tego „ważnego” dla nastolatka wydarzenia. Przecież nie mógł zbyt długo odstawać od kolegów, nie był jakąś pierwszą lepszą ciotą, którą każdy mógłby przez to szykanować. O nie, on się tak łatwo nie da. Problem leżał w innej kwestii. Łatwo znaleźć sobie kogoś do łóżka, jeśli lubi się to, co każdy. Ale on taki nie był, bo przecież w tym jednym przypadku musiał być inny.
Właśnie tak, lubił właścicieli penisów. Uwielbiał wygłupiać się ze znajomymi w szatni po wfie, kiedy wszyscy ociekali wodą i z przewiązanymi lekko na biodrach ręcznikami urządzali sobie przepychanki. Dłuższy czas zajęło mu dojście do tego, jak najpierw sądził, strasznego faktu. Na początku przed tym uciekał i stronił od wszelkiego kontaktu ze swoją płcią, jednak szybko mu to przeszło. Zdecydowanie za bardzo lubił patrzeć na te pozornie niewinne wygłupy.
Dlatego ostatecznym planem na osiemnastkę zostało utracenie dziewictwa z jakimś przystojnym facetem. Albo przynajmniej znośnym z twarzy a fajnie zbudowanym. Przecież nie każdy rodził się Apollem, czego był świadom.
Został mu tydzień, więc gra oficjalnie się rozpoczęła. Woo Jiho, jeszcze staniesz się prawdziwym mężczyzną!

Jiho siedział wraz z najlepszym przyjacielem w jednej z mniej uczęszczanych lodziarni w centrum miasta i robił staranne notatki, wypatrując potencjalnego kandydata do przeruchania. Bo prawda była taka, że Woo nie pieprzył się z jakimś pięknym nazewnictwem i stawiał sprawę jasno — to przygoda dosłownie na jeden wieczór, nic więcej. Przecież nie był na tyle zdesperowany, żeby zaczynać związek z przypadkowym człowiekiem.
— Powiedz mi — zaczął Minho, wpatrując się uważnie w towarzysza — dlaczego ja wciąż ci pomagam i nic za to nie wymagam? Nawet odszkodowania za uszczerbek na psychice?
— Ponieważ wiesz, że cię kocham najbardziej na świecie i nie jesteś w stanie niczego ode mnie chcieć.
— Chodź tu. — Jiho spojrzał podejrzliwie na przyjaciela, ale nachylił się do niego. Song położył mu rękę na czole i udał, że go poparzyło. — Tak, jak myślałem. To niedojebanie
Zanim Woo zdążył coś odpowiedzieć, ktoś jakby celowo na niego wpadł, przez co cała koszulka chłopaka została przyozdobiona lodami truskawkowymi. Minho wybuchł tak szczerym śmiechem, że prawie spadł z krzesełka, natomiast sprawca wypadku natychmiast zaczął przepraszać i ścierać swój deser, powodując jeszcze większe plamy na nowym ciuchu.
— Kurwa, możesz to już zostawić? — warknął Zico, patrząc jedynie na włosy najbardziej znienawidzonej przez niego w tym momencie osoby we wszechświecie.
— Przepraszam bardzo — mruknął chłopak, podnosząc głowę. — Woo Jiho?
— Kim Yugyeom? Stary, co ty tu robisz?! — Chłopak nie krył swojego zdziwienia i jakby za dotknięciem różdżki rodem z Harry'ego Pottera zapomniał o tym, co się wydarzyło minutę wcześniej. — Myślałem, że nie żyjesz!
— Wyprowadzka do innego miasta nie oznacza od razu śmierci, brachu.
W tej samej chwili Minho podniósł się cudem z podłogi i zbierając resztki dumy, jakie mu pozostały, wyprostował się na krześle. Zico spojrzał na niego z mordem w oczach. Doprawdy nie wiedział, dlaczego musiał wybrać takiego idiotę na swojego najlepszego przyjaciela. Ciągnie swój do swego, pomyślał z niesmakiem.
— Ja cię skądś znam — stwierdził Song, przypatrując się dawnemu znajomemu. — Ale nie mogę nigdzie cię wpasować, bo nigdy nie miałem tak ładnych koleżanek.
Yugyeom roześmiał się, ukrywając rumieniec. Minho zawsze lubił z niego żartować i co rusz porównywał go do dziewczyn, co nie podobało się jedynie Jiho. Faktem było, że parę razy prawie zabił przyjaciela za nieśmieszne żarty, twierdząc, że Kim jest bardzo męski.
— Nienawidzę was z całego serca.
— Yugyeom-ah!
Jiho zwrócił uwagę na niską dziewczynę stojącą za jego przyjacielem. Niezaprzeczalnie była ładna, chociaż w tym momencie na jej twarzy dało się zauważyć gniew. Bardzo dużo gniewu. Mimo wszystko nie wyglądała groźnie — raczej jak mały szczeniaczek, który próbuje wystraszyć znacznie większego od siebie psa swoim piskliwym szczekaniem.
— Ekhem, powiesz mi, oczywiście z łaski swojej, ile mam na ciebie jeszcze czekać? Poszedłeś tylko po lody, a nie ma cię już dobre piętnaście minut.
Mino parsknął śmiechem, słysząc pretensjonalny ton i wojowniczą postawę dziewczyny. Zdecydowanie nie wyglądała na osobę, która może zrobić krzywdę. Yugyeom, na swoje nieszczęście, wiedział, z kim zadzierał przyjaciel, więc kopnął go pod stołem i niemal natychmiast odwrócił się do swojej wybranki.
— Wiki, już tu jesteś? Myślałem, że poczekasz-
— Kim Yugyeom, nigdy, powtarzam nigdy, nie każ czekać kobiecie w ciąży! Zeloyugyeołek miał ochotę na lody truskawkowe, a ty jako go tak po prostu zignorowałeś... Mam cię dość.
Zico patrzył na tę dziwną kłótnię i zastanawiał się, jakim cudem taka osóbka oplotła sobie to wieczne dziecko wokół palca. Dopiero po chwili zwrócił uwagę na jej zaokrąglony brzuszek. Wyglądała tak dorośle, jednak jej twarz mówiła "mam 10 lat, nie wyszłam nawet z podstawówki, mamo, ratuj".
— Chwila — powiedział nagle Mino, przerywając dość głośną wymianę zdań. — Dlaczego Zeloyugyeołek?
Oczy Wiktorii jakby się rozjaśniły. Natychmiast dosiadła się do chłopaków i nie spojrzawszy nawet na Yugyeoma, chwyciła jego przyjaciela za rękę. Odetchnęła głęboko.
— Posłuchaj uważnie, bo to naprawdę ważna kwestia. — Poprawiła opadające na oczy włosy, po czym położyła jedną dłoń na brzuchu i z uśmiechem zwróciła się do chłopaka. — Biologicznym ojcem mojego dziecka jest Gyeom, jednak Choi Junhong, tak, właśnie on, nie rób takich min, jest nieodłącznym elementem mojego serca. Wprawdzie nie znamy się osobiście, ponieważ on jest idolem, a ja zwykłą dziewczyną, jednak to mi nie przeszkadza. Kontynuując, stwierdziłam, że imię Zeloyugyeołek idealnie będzie do niego pasować, ale będę musiała je skrócić, żeby dzieci w szkole mu nie dokuczały. Wiadomo, że jeden z ojców jest bardziej jego ojcem, bo ojciec przekazuje 23 chromosomy, co oznacza, że jeden dał mu 12, a drugi tylko 11. Ale żeby ten drugi nie był pokrzywdzony, to przekazał chromosom płci. Ale to nie oznacza, że pierwszy jest lepszym tatą, bo dał jeden chromosom więcej. Połączenie dziecka Zelo i Yugyeoma to moje dziecko goal. Rozumiesz mnie?
— Doskonale cię rozumiem, masz moje pełne wsparcie. — Mino położył głowę na brzuchu dziewczyny. — Czy mogę być jego ojcem chrzestnym?
Yugyeom spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem. W ciągu kilkunastu minut zdążył go już kilkakrotnie zaskoczyć. Aż za bardzo zaskoczyć. Jedynym jego wsparciem mógł okazać się Jiho, który siedział z miną buddyjskiego myśliciela.
— Choi Junhong... Czyżby... Zelo? — Wiktoria skinęła potakująco. — Ja go znam! — wykrzyknął po chwili, zrzucając notatnik z kolan.
— Tylko nie to.
Nikt już nie przejmował się biednym Yugyeomem, który siedział jak na skazaniu i słuchał jakże ciekawych opowieści o wspaniałym Junhongu, z którym zawsze musiał konkurować. Powrót do Seulu stał się znacznie ciekawszy, niż mógł podejrzewać.

Tego dnia Jiho nie mógł się na niczym skupić. Co chwilę ktoś coś od niego chciał, nie dając mu chwili na wytchnienie. Dostawał od tego bólu głowy, a nie powinien. W dodatku miał pełno swoich spraw do załatwienia, jednak brak czasu mu w tym ani trochę nie pomagał.
— Zico, pedale, zabiję cię!
Do pomieszczenia jak burza wpadł jego stary przyjaciel. Na jego twarzy dało się dostrzec mnóstwo zmęczenia, a przede wszystkim wszechogarniającą go irytację. Woo przyjrzał mu się badawczo, po czym gestem wskazał krzesełko. Czuł, że ta rozmowa nie będzie należała do najprzyjemniejszych, chociaż widok Kima w takim stanie go rozbawił.
— Yugyoem? Co się stało? — spytał, jakby mieli rozpocząć przyjemną pogawędkę na temat weekendowego łowienia ryb w pobliskiej rzece.
— Musiałeś jej to mówić? MUSIAŁEŚ?! — wykrzyknął, po czym z głuchym łoskotem opadł na krzesełko i spojrzał złowrogo na Jiho.
— Chyba nie bardzo rozumiem... — zaczął, jednak nie dane było mu skończyć.
— Ona mnie maltretuje i grozi!
— Dalej niezbyt...
— Nie graj idioty! Powiedziałeś jej, że znasz Zelo!
Zico miał ochotę roześmiać się na cały głos. Biedny Yugyeom wystraszył się niezbyt groźnej dziewczyny, z którą niedługo miał rozpocząć wspólne życie. Gdyby nie mina przyjaciela i jakiekolwiek pohamowanie, już dawno leżałby na podłodze jak Mino pamiętnego dnia w lodziarni.
— Ach, to...
— Przez ciebie nie mam życia... — W jego głosie słychać było dziwną pustkę i ból.
— Może da się to jakoś naprawić? — Jiho spróbował go pocieszyć, jednak sam chciał dać sobie za to w twarz. Przecież to nigdy nie działa.
— Przysięgam.
— Co?
— Jeśli nie sprawisz, że wróci moja niezbyt normalna, ale w gruncie rzeczy kochana Wiktoria, upiję cię, zapłacę jakiemuś murzynowi za wyruchanie cię, po czym roześlę twoje nagie fotki całej szkole.
Zico zaniemówił, więc jedynie skinął głową. Yugyeom z uśmiechem opuścił pomieszczenie i udał się w tylko sobie znanym kierunku, pozostawiając wystraszonego przyjaciela samemu sobie. Jak miał sprawić, żeby ta dziewczyna znów była sobą?!

Blondyn przyglądał się swojej klasie. Banda kretynów i pustych idiotek. No może poza jego wiernym squadem, do którego można było zaliczyć Mino, Taehyunga, Myungsoo, Hongbina i Jeupa. Kiedyś był w nim jeszcze Yugyeom, a w późniejszym czasie, tuż po przeprowadzce Kima, Junhong.
Ratowanie sobie nawzajem tyłków było na porządku dziennym. Mając Zico za niepisanego lidera, nie było mowy o spokoju. Przecież siedzenie w miejscu i przeżycie szkoły średniej to za dużo! Trzeba zrobić coś, żeby ludzie o tobie mówili! Nieważne, że często nie jest to nic pochlebnego i w gruncie rzeczy powinieneś się za siebie wstydzić.
Jak powiedział ktoś mądry, nothing else matters.
Ty debilu, to piosenka Metalliki.
Mało istotny szczegół, liczy się przesłanie.
Mino, walnij mu tak porządnie w łeb, bo zaczyna pierdolić.

Na kilka dni przed swoimi urodzinami Jiho zaczął panikować. Nikomu, oczywiście, o tym nie powiedział, ale czuł się dziwnie z tym, że tym razem nie podoła postawionemu sobie celowi. Ze złości wyżył się na pierwszym lepszym śmietniku, który stanął mu na drodze.
Mino roześmiał się, widząc postępowanie najlepszego kumpla.
— Znalazłeś już kogoś? — spytał, przyglądając się w spokoju wypadkowi ulicznemu, który próbowali opanować wezwani policjanci.
— Wciąż szukam — mruknął.
Nie dało się ukryć, że był niezbyt zadowolony faktem wpieprzania się w jedną z ważniejszych spraw w jego życiu. Tu przecież chodziło o stracenie dziewictwa! Z facetem!
— A co jeśli nie dasz rady nikogo ogarnąć na czas?
— Czy jesteśmy w programie „sto pytań do...”? — zapytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
— Bardzo możliwe. A teraz odpowiadaj.
— Mino, chuju, nie denerwuj mnie!
— Jakże bym śmiał.
Song wiedział, że Jiho nie jest w najlepszym humorze, jednak nie miał zamiaru zostawiać go samemu sobie. Nie byłby sobą, gdyby zostawił kumpla w tak podłym nastroju, nie próbując mu pomóc lub, jak przypuszczał, że może się stać, bardziej go dobić. Nie było nic pomiędzy.
— A jednak. Daj mi już spokój.
— Nie? Jesteś jak dziecko, trzeba cię pilnować.
— Zabiję cię.
— Stań w kolejce, bejb.

Po kilkunastu telefonach o nieprzyzwoitych porach od Yugyeoma Zico postanowił działać. Miał doskonały plan, jednak jego realizacja mogła trochę potrwać.
Kluczem do rozwiązania całej zagadki miał być jego stary telefon, który walał się gdzieś w szafie. Właśnie on był główną przyczyną, dla której blondyn leżał zakopany po uszy w nieużywanych ubraniach i pamiątkach rodzinnych, o których nawet nie miał pojęcia.
Gdyby kilka miesięcy wcześniej ktoś powiedział mu, że będzie musiał się tak poświęcać przez kobietkę w ciąży, nigdy by mu nie uwierzył. Ba! Wyśmiałby go i kazał udać się do jakiegoś szpitala na leczenie psychiatryczne.
W końcu po kilku godzinach i milionie wypowiedzianych „kurw” Jiho dokopał się do tego, czego potrzebował najbardziej. Stary samsung prezentował się kiepsko przy jego najnowszym modelu, ale nie mógł przecież narzekać. Kiedyś to był naprawdę świetny telefon, który posiadała znaczna część społeczeństwa, więc na swój sposób należał on do elity.
W duchu błagał, żeby on zadziałał, więc nie sprzątając nawet bałaganu, w którym miał przyjemność spędzić bardzo długie chwile, pobiegł po ładowarkę. Podłączył urządzenie i niemal krzyknął. Ładował się, połowa sukcesu za nim. Czym prędzej go włączył i czekał z zaciśniętymi z nerwów pięściami. Kiedy usłyszał dźwięk powitalny samsunga, odetchnął z ulgą.
Ja pierdole, uda mi się. Naprawdę mi się uda! Udław się tym swoim murzynem, Gyeom!

— Witaj, mój przyjacielu — powiedział Jiho, kiedy jego towarzysz pojawił się w kawiarni, w której się umówili. — Minęło trochę czasu, prawda?
— Cztery lata, o ile się nie mylę
— Dokładnie.
— Ale nie zaprosiłeś mnie tu, żeby rozmawiać o braku kontaktu ze mną — stwierdził, patrząc dość wyzywająco na swojego rozmówcę.
— Znów mnie przejrzałeś. — Zico roześmiał się szczerze. — Mam dla ciebie pewną propozycję. Chociaż to bardziej prośba, jednak wolałbym, żebyś potraktował to jako pierwszą opcję.
— Do rzeczy, mam naprawdę mało czasu, doskonale o tym wiesz.
— Wiem, dlatego chciałbym, żeby to wszystko zostało między nami.
Jiho przywołał gościa gestem dłoni i zaczął mu szeptać na ucho swój plan. Z każdą chwilą na twarzach obu chłopaków pojawiało się coraz więcej emocji. Po skończeniu monologu blondyn czekał na reakcję towarzysza, zaciskając nieświadomie palce na materiale swoich spodni.
— To głupie, ale podoba mi się. Wchodzę w to.

— Musiałeś się tak odstawić? — spytał Zico, patrząc na kumpla. — Mówiłem ci, wchodzimy, załatwiamy to i już nas nie ma.
— Pomyślałem, że kultura wymaga ode mnie grzeczności, chociaż w ubiorze. — Machnął uspokajająco ręką. — Weź się uspokój i zadzwoń w końcu, że za chwilę będziemy. I patrz na drogę, a nie gapisz się na mnie, jakbym był ósmym cudem świata.
— Jesteś głupi. Po co ja w ogóle się z tobą przyjaźnię...
— Byłoby ci smutno beze mnie.
Jiho westchnął przeciągle. Zostało mu kilka minut i rozpocznie wdrażanie swojego planu w życie. Mimo wszystkich obaw i zżerających go wyrzutów sumienia z powodu Yugyoema bawił się doskonale. Było to niesamowicie przyjemne oderwanie się od rzeczywistości i możność spróbowania czegoś innego.

— Cześć, Yugyeom. Możemy wejść?
Kim był zaskoczony wizytą swojego przyjaciela w towarzystwie... Czy on naprawdę go zaprosił? Pojebało go do reszty.
— Mam nadzieję, że Wiktoria jest w domu.
— Kto mnie wołał?!
Głos dziewczyny dało się słyszeć aż na sąsiedniej ulicy. Tak przynajmniej podejrzewali goście. Zico zaśmiał się, pociągając za sobą towarzysza do środka. Sprawnie wyminęli Yugyeoma, który nie potrafił powiedzieć nic sensownego i tylko patrzył tępo w przestrzeń. Spodziewał się wszystkiego, ale nie czegoś takiego. Jak mu się to udało...
— Ale jesteś gruba — powiedział na przywitanie, widząc Wiczkę siedzącą przed telewizorem i jedzącą żelki.
— Odezwał się pan idealny. Co cię tu sprowadza?
Dziewczyna odwróciła się z zamiarem obrzucenia chłopaka garścią słodyczy, które przypadkowo upadły jej na podłogę i nie zamierzała ich konsumować. Nim jednak to zrobiła, zauważyła osobę, która stała obok niego.
— Jiho, kochanie, proszę, powiedz mi, że obok ciebie nie stoi Choi Pieprzona Perfekcja Drugi Ojciec Mojego Zeloyugyeołka Junhong.
— Wiktoria, miłości moja, niestety muszę cię zawieść. Obok mnie stoi Choi coś tam, coś tam Junhong.
— Miło cię poznać, Wiki — odezwał się Zelo, uśmiechając się do ciężarnej promiennie.
Dziewczyna pisnęła z radości i już miała wstawać, kiedy poczuła niezbyt przyjemny ból w podbrzuszu. Spojrzała z przerażeniem na chłopaków, po czym na podłogę. Jęknęła, a obok niej po chwili stała cała trójka — łącznie z Yugyeomem, który zdążył pozbierać swoją szczękę z podłogi, żeby przyjść na wezwanie swojej kobiety.
— Zajebiście, właśnie miałam poznać twojego drugiego ojca, drogie dziecko, ale ty się pchasz na świat! Nie mogłeś tego zrobić za kilka dni? Albo chociaż godzin? Wiem, że jesteś niecierpliwy i masz to po mnie, ale bez przesady! Tutaj nie jest tak fajnie. — Wiktoria podniosła się i ruszyła do drzwi, nie zwracając uwagi na wyciągnięte dłonie chłopaków. — Ruszycie się czy nie? Dziecko nie chce czekać, więc wy też powinniście się pospieszyć. Czekam przy samochodzie, torba jest spakowana w salonie.

Yugyeom omal nie zemdlał, kiedy jego krzycząca dziewczyna została przewieziona na salę, a on musiał zostać z chłopakami na zewnątrz. Jego twarz była biała jak ściana i nie dawał żadnego znaku kontaktu ze światem. Chodził od drzwi do końca korytarza i z powrotem, nie zwracając uwagi na towarzyszy, którzy próbowali go jakoś uspokoić.
Po dwóch godzinach przestali na niego reagować, był zbyt zaaferowany porodem i prawdopodobnie wyklinaniem wszelkich lekarzy, którzy zabraniali kontaktu ojca dziecka z jego matką w trakcie porodu. Jiho miał ochotę się śmiać. Jeśli użyłby podobnej groźby do tej, którą postanowił go postraszyć, może udałoby mu się wejść na porodówkę. Bez tego ani rusz.
— Ja bym się na jego miejscu cieszył, że mnie tam nie ma — stwierdził Zelo, zakładając dłonie za głowę. — Wszędzie pełno krwi, upaprani nią lekarze, ona krzyczy, że cię wykastruje i jak tylko wróci do domu możesz pożegnać się z dzieleniem z nią łóżka. W dodatku mówi, że to koniec, po czym zaczyna płakać i jednak nie chce się rozstawać. Aż dochodzi do tego, że ściska twoją rękę, a ty czujesz się, jakby ktoś raz po raz zrzucał ci na nią kowadło.
Yugyeom spojrzał na chłopaka z przerażeniem w oczach. Zawsze wyobrażał sobie poród jako piękne przeżycie w życiu kobiety i mężczyzny, a obraz, jaki został mu przedstawiony, ani trochę się z nim nie pokrywał. Co gorsza, brzmiał jak opis niezbyt łagodnej tortury dla obu stron, z której cało mogli wyjść jedynie lekarze i położne.
— Skąd to wszystko wiesz?
— Kuzynka rodziła jakiś rok temu i jej mąż przy tym był. Nigdy nie zapomnę jego miny, kiedy wreszcie wyszedł z sali. Uwierz mi, obraz nędzy i rozpaczy.
Kim nie odezwał się ani słowem. Wrócił do robienia nic nie znaczących okrążeń i odliczania kolejnych sekund. Kiedy to się wreszcie skończy?

Po kolejnych kilku godzinach, kiedy Jiho i Junhong spali oparci o siebie, wyszła położna i poinformowała wystraszonego Yugyeoma o możliwości wejścia na salę. Nie zważając na stan pozostałej dwójki, obudził ich i z niemą prośbą wskazał na drzwi. Ci jedynie pokiwali ze zrozumieniem głowami, zebrali się i pchnęli młodego tatusia, idąc cały czas za nim. Inaczej mógł uciec, o czym doskonale przekonał się Zico.
Po wejściu nie ukazało się im żadne pobojowisko ani tym bardziej pole krwawej bitwy. Wiktoria leżała na środku sali, trzymając w rękach zawiniątko.
— Chłopiec czy dziewczynka? — spytał Junhong, podchodząc jako pierwszy do nowo poznanej dziewczyny.
— Oczywiście, że chłopiec. Nie było innej opcji.
— Jak go nazwiesz? — Po chwili obok pojawił się Jiho z szerokim uśmiechem na twarzy.
— Stwierdziłam, że Zeloyugyeołek to dobre imię dla płodu było i podczas gdy wy sobie spokojnie siedzieliście pod salą, wymyśliłam Yoojun. Yoo od Yugyeoma i Jun od Junhonga. Chciałam jeszcze wrzucić twoje imię do tego, ale coś nie wyszło. Dlatego nasze następne dziecko będzie Jiminem, na cześć twoją i Mino, bo mu obiecałam.
— Sprytnie — stwierdził Jiho i spojrzał na Yugyeoma, który wreszcie podszedł do łóżka dziewczyny. — Może zostawimy was samych?
— Nie musicie.
— I tak mieliśmy zostać u was tylko na chwilę, żeby powiedzieć, że się ze sobą spotykamy i przedstawić was sobie, a zostaliśmy znacznie dłużej. Odpoczywaj i dbaj o małego. Przyjdziemy jutro.
Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć i przetworzyć odpowiedni informacje, Jiho i Junhong wyszli z sali. Mina Wiktorii sprawiła, że zaczęli się z niej śmiać.
Podążyli do samochodu, żeby dokończyć to, co zaczęli. Został jeden punkt ich niepisanej umowy, który musiał zostać spełniony.

Wpadli do sypialni, nie odrywając się od swoich ust. Po omacku zrzucali z siebie kolejne części garderoby. Nie było w tym nic romantycznego czy pięknego. Rządziło nimi czyste pożądanie, którego za cholerę nie potrafili opanować. Wbijając się niemiłosiernie mocno w swoje wargi dotarli do łóżka. Jiho pchnął młodszego na nie, po czym usiadł okrakiem na jego udach. Łapiąc go za włosy, przysunął jego głowę bliżej swojej i ponownie go pocałował. Tym razem lekko, żeby poczuć niedosyt.
Znów miał kontrolę, był wyżej niż partner. Czując narastające podniecenie, pozbył się jego koszulki i położył się na nim. Jego dłonie pieściły lekko zarysowane mięśnie brzucha Junhonga, doprowadzając go tym do szaleństwa. Pasowali do siebie tak dobrze.
— Czy ty... — zaczął Zico, jednak nie dane było mu skończyć, bo różowowłosy wpił się w jego usta. Z jego gardła wydobył się pomruk rozkoszy.
— Jak niczego innego na tym świecie — szepnął, kiedy oderwali się od siebie, żeby zaczerpnąć powietrza.
Jiho zjechał pocałunkami na szyję młodszego. Nigdy nie wyobrażał sobie seksu z którymś ze swoich teraźniejszych lub byłych przyjaciół, jednak musiał przyznać, że było to nawet lepsze niż ruchanie przypadkowego faceta. Przede wszystkim znał Junhonga i wiedział, na co go stać i jaki jest. W pewnym sensie i tak ich spotkanie zostało zaaranżowane przypadkowo. Gdyby nie jego niewyparzony język, nie zadzwoniłby do niego i nie mógłby doprowadzać go do szaleństwa.
Zostawiając po sobie kilka malinek tuż pod linią żuchwy, zaczął pieścić sutki młodszego swoim językiem. Sprawnie, jakby robił to już tysiące razy, gryzł je i ssał, sprawiając, że Zelo wił się pod nim niespokojnie, nieświadomie wypychając biodra w górę. Drażnił tym samym nabrzmiałą męskość Jiho, który powoli zaczynał mieć dość zahamowań.
Znacząc mokrą ścieżkę od sutków aż do gumki bokserek, mógł dokładnie policzyć ilość sapnięć partnera. Jego niespokojne i odrobinę nazbyt nachalne ruchy świadczyły o chęci jak najszybszego doprowadzenia siebie i partnera do orgazmu. I na jednym miało się nie skończyć, już on miał się o to postarać. Jak najszybciej mógł pozbył się bielizny chłopaka. Nabrzmiały penis zdawał się być bardziej niż gotowy na długą zabawę nastolatków.
Zico wziął go w dłoń i zaczął przesuwać nią w górę i w dół. Spojrzał na przyjaciela, który nie umiał zapanować nad cichymi jękami i uśmiechnął się z satysfakcją, po czym wpił się w jego usta, nie przerywając pieszczenia.
W głowie kotłowało mu się milion myśli. Dlaczego nie spróbował tego wcześniej?! Przecież było tyle okazji i tak wielu facetów, którzy gotowi byli wskoczyć z nim do łóżka, ale on się nie dawał. I dopiero przed cholerną osiemnastką postanowił cokolwiek zdziałać. Lecz wtedy potencjalni partnerzy się ulotnili, więc musiał liczyć na swoje marne szczęście. Mimo wszystko nie żałował czekania, dzięki niemu nie wychodził na idiotę w oczach równie niedoświadczonego Junhonga. Będę musiał podziękować Wiktorii.
Po chwili oderwał się od ust kochanka i zaczął dokładniej pieścić jego męskość. Minęło kilka dłuższych chwil, nim na jego dłonie trysnęła biała ciecz. Zaśmiał się, kiedy zobaczył przerażenie na twarzy Zelo, więc szybko go cmoknął w usta.
— Moja kolej — mruknął wciąż zawstydzony różowowłosy.
Sprawnie wydostał się spod spoconego ciała Jiho i stanął przed łóżkiem. Pierwszy raz nie przeszkadzała mu nagość i to, że ktoś na niego patrzy, wręcz oceniając każdy walor i niedociągnięcie.
— Poczekaj chwilę, włączę muzykę — powiedział spokojnie starszy i podszedł do wieży stereo, włączając swoją ulubioną składankę. — Teraz powinno być dobrze.
Z głośników wypłynęły pierwsze dźwięki KISS — Lick it up. Junhong parsknął i pociągnął Zico do siebie. Klęknął i pomógł przyjacielowi pozbyć się bokserek.
Pozostając w takiej pozycji wziął penisa kochanka w usta. Obaj jęknęli. Usta młodego zdawały się być przystosowane do tego typu zabaw. Zaczął poruszać się nieostrożnie, chcąc sprawić chłopakowi jak najwięcej przyjemności. Wolną dłonią pieścił mosznę mężczyzny.
To było coś, czego sam Zelo się po sobie nie spodziewał. Chciał, co prawda, uraczyć Zico czymś podobnym do tego, czym przed chwilą go zaspokajał, jednak chwila sprawiła, że zdecydował coś innego. Nie, to nie było ani trochę nieprzyjemne. Szczególnie z piosenką lecącą w tle.
Chwilę później Woo doszedł w ustach kochanka. Nie chcąc sprawić mu przykrości, młody połknął wszystko i nie czekając na reakcję z drugiej strony, wstał i położył się na łóżku.
— Będziesz tam tak stał, czy ruszył swój seksowny tyłek i skończysz, co zacząłeś?
— Od kiedy jesteś taki odważny? — spytał, kładąc się koło przyjaciela i rozpoczynając bawienie się jego lekko nabrzmiałym sutkiem.
— Odkąd pewien dupek postanowił wkręcić mnie w swoje chore układy — mruknął, czując się niewyobrażalnie dobrze.
— Czy chodzi ci o mnie?
— Strzał w dziesiątkę.
— Chyba będę musiał cię ukarać — stwierdził, całując powoli linię jego żuchwy.
— Nie mam nic przeciwko. Rób, co chcesz, nie będę stawiać oporu.
Obaj się zaśmiali. Zico sięgnął po coś do szafki, po czym pokazał młodszemu całkiem pokaźnych rozmiarów lubrykant. Mrugnął do partnera i przygryzł dolną wargę. Cholera, gdyby jeszcze wiedzieli, jak mają się za to zabrać, ale obaj pozostawali laikami w tych sprawach.
Po chwili Woo przełamał się i nabrał trochę specyfiku na palce. Nie chcąc być zbyt brutalny, najpierw wpił się w usta różowowłosego, a dopiero później włożył w niego dwa palce. Zelo jęknął. Starszy zaczął poruszać palcami w rytm przypadkowej piosenki z jego playlisty.
Cały pokój wypełniony był ich krótkimi jęknięciami i sapaniem w swoje usta. Bawili się aż nazbyt dobrze.
Nie czekając dłużej, Jiho nałożył lubrykant na swojego członka i wszedł w chłopaka jednym, zdecydowanym ruchem. Choi krzyknął i lekko się zatrząsł, lecz nic nie powiedział. Zacisnął oczy, odetchnął kilka razy, po czym kiwnął głową. Dla starszego był to znak. Zaczął poruszać się w jego wnętrzu. Pomimo nikłych umiejętności tanecznych, jego posunięcia były niezwykle płynne. Jakby bycie w Zelo było mu przeznaczone.

You are my lollipop candy — wymruczał Junhong, przesuwając paznokciami po nagich plecach Jiho.
Chłopak poczuł przyjemny dreszcz rozchodzący się po całym rozgrzanym ciele. Subtelne gesty partnera doprowadzały go na skraj wytrzymałości. Dawał mu się podniecać tak banalnymi rzeczami... Mimo wszystko nie protestował, sam pragnął zabawy, chwilowej rozkoszy, spróbowania czegoś nowego, a Choi mu to zapewniał. I robił to cholernie dobrze. Można by się pokusić o stwierdzenie, że za dobrze jak na osobę tak młodą.
Po chwili Woo przytulił się do młodszego chłopaka i oddał się jego ulubionej czynności — spaniu. Junhong nie protestował, jedynie spoglądał na kochanka i przeczesywał jego jasne włosy, uśmiechając się do siebie. Nigdy nie podejrzewał, że pierwszą osobą, która pozbawi go dziewictwa będzie ten dupek, który zatruwał mu całe dzieciństwo, później stał się jego najlepszym kumplem, a teraz również kochankiem...
Don't need to wait for an invitation
You gotta live like you're on vacation
There's something sweet you can't buy with money -
lick it up, lick it up
It's all you need, so believe me honey
It ain't a crime to be good to yourelf


Dla Wiktorii z okazji 18 urodzin, kc trashu ♥

Obserwatorzy